Bartłomiej Bańkowski o big data i biznesie informacyjnym – wywiad

Wywiad z Bartłomiejem Bańkowskim, Dyrektorem Analiz Rynkowych firmy PMR, kierownikiem studiów podyplomowych „Analityk rynku” Uczelni Łazarskiego.

Rynek Informacji: Pracuje Pan w branży informacyjnej od lat. Jakie zmiany dają się dostrzec na przestrzeni tego czasu?

Bartłomiej Bańkowski: Jeśli chodzi o Polskę, to – po pierwsze – zaczyna być widoczna potrzeba pozyskiwania i zarządzania informacją z otoczenia biznesu w budowaniu przewagi konkurencyjnej, podczas gdy jeszcze kilka lat temu wykorzystywano rezerwy proste w budowaniu efektywności, jak np. wykorzystanie nowych, bardziej wydajnych maszyn. W tej chwili ten rynek działa już inaczej, jest coraz bardziej konkurencyjny, bardziej skomplikowany i trzeba korzystać z coraz bardziej zaawansowanych sposobów budowania tej efektywności.

Po drugie, pewne standardy zostały przyniesione przez firmy zachodnie. Zjawisko rozprzestrzeniania, rozlewania się wiedzy jest bardzo widoczne w polskim biznesie. Ludzie, którzy pracowali za granicą lub w zagranicznych koncernach, przychodzą do polskich przedsiębiorstw i wprowadzają zachodnie standardy funkcjonowania firm.

Kolejna zmiana polega na tym, że firmy zachodnie przestają myśleć o Polsce jako o kraju dzikim, niezbadanym i egzotycznym. Polska jest znana, rozumiana, też dzięki jej obecności w Unii Europejskiej. Zachodni przedsiębiorcy nie są zainteresowani ogólnymi, podstawowymi informacjami o naszym kraju czy gospodarce czy konkurencji. Te dane już dawno zostały im dostarczone, a oni sami umieją z nich korzystać czy docierać do nich samodzielnie. Dlatego też mamy do czynienia z coraz większym zapotrzebowaniem na dane i informacje, które są dedykowane specyficznym obszarom. Nie interesuje ich już rynek budowlany sam w sobie, ale np. domków jednorodzinnych w Wielkopolsce, nie żywności w ogóle, ale np. mrożonek warzywnych.

Co więcej, użytkownicy rynku coraz częściej potrafią pracować z firmą infobrokerską czy badawczą. Wiedzą, czego można od takich firm oczekiwać, podczas gdy kilka lat temu przedsiębiorcy często nawet nie wiedzieli, że mogą z takich usług skorzystać.

RI: Wspomniał Pan, że standardy rynku polskiego zbliżają się do Zachodu. Jakie różnice dają się jeszcze dostrzec na tej płaszczyźnie?

BB: Jeśli chodzi o duże korporacje, wydaje mi się, że nie ma żadnej różnicy. Zdarza się, że pracownicy w Polsce mają bardziej profesjonalne podejście niż ich przełożeni pracujący w krajach zachodnich, więc z pewnością nie jest tak, że pod tym kątem pozostajemy w tyle.

Różnice dają się dostrzec w przypadku przedsiębiorstw w 100% polskich. Mianowicie, w dalszym ciągu przedsiębiorcom wydaje się, że np. zatrudnienie infobrokera oznacza, że będzie on ciężko pracował za śmiesznie niewielkie wynagrodzenie, albo wręcz za darmo (bo zdobędzie doświadczenie, albo zdobędzie prestiż pracy „z takim ważnym” klientem). Idąc dalej, nierzadko przedsiębiorcy nie mają wystarczającej świadomości, jakie dane można pozyskać, gdzie zaczyna się przekraczanie granic prawa, a mimo to, wręcz, żądają dostarczenia określonych informacji. Kolejny przykład: pełzający zakres projektu i jego rozszerzanie w trakcie realizacji bez wydłużania czasu na przygotowanie danych i zwiększenia budżetu. Wszystkie te cechy pokazują, że rynek usług informacyjnych i możliwość korzystania z nich nie jest jeszcze w 100% rozwinięty w polskich firmach, z czego wynikają poszczególne sytuacje i zachowania przedsiębiorców.

Jeśli idzie o łatwość pozyskiwania informacji, na Zachodzie zdecydowanie łatwiej jest dotrzeć do informacji osobowej niż w Polsce. Im bardziej na Wschód, tym jest trudniej.

RI:  A czy świadomość polskich firm, jeśli idzie o możliwość korzystania z usług informacyjnych (infobrokerskich, badawczych, konsultingowych), też się zmienia? Czy możemy tu mówić o solidnym potencjale dla branży informacyjnej?

BB: Myślę, że zależy to od modelu, jaki przybierze nasz rynek. Jeśli będzie to model amerykański, to z pewnością możemy o takim potencjale mówić. Wydaje mi się, że w obecnym stanie branża infobrokerska i jej obecna oferta jest nie do końca dopasowana do potrzeb rynku. Jest potencjał na informację, ale ona musi być nieco bardziej sprofilowana pod potrzeby rynku. Firmy nie umieją wykorzystywać czystej informacji, nie mają do tego struktur organizacyjnych i umiejętności analitycznych pozwalających  na ich efektywne wykorzystanie. Wydaje mi się, że rynek informacji coraz mocniej idzie w tę stronę, ale z pewnością to jeszcze tak nie funkcjonuje. Według mnie, rolą infobrokerów i firm analitycznych, w dużej mierze, jest edukacja, pokazywanie, co można zrobić w ramach tych usług oraz bezpośrednia współpraca z firmami i przedsiębiorcami oparta o wzajemne zaufanie i budowanie długoterminowych relacji . Dużą rolą firm z branży informacyjnej jest nauczenie biznesu, że można konkretną informację wykorzystać w konkretny sposób, dlaczego warto zlecić pracę infobrokerską specjaliście zamiast próbować walczyć z tym samodzielnie. Jest to więc duży potencjał, Polska jest dużym rynkiem, a w tej chwili nie wygląda na to, by podaż tego rodzaju usług była duża. Porównując do krajów Zachodu, gdzie usługi informacyjne są znacznie bardziej rozwinięte uważam, że ten segment rynku będzie rósł także w Polsce. Polski biznes też w końcu lepiej zrozumie, że zatrudnienie na chwilę stażysty, by wyszukiwał informacje czy zbudował bazę, jest – w dłuższej perspektywie – nieopłacalne. Na razie jednak firmy myślą raczej w kategoriach krótkoterminowego oszczędzania i cięcia kosztów, bo nie umieją oszacować wartości zweryfikowanej, sprawdzonej informacji. To wg mnie jest bardzo duży kłopot, ale na szczęście ta sytuacja zaczyna się zmieniać.

RI: Czy mógłby Pan jeszcze pokrótce wyjaśnić naszym Czytelnikom, co rozumie Pan przez „model amerykański” rynku?

BB: Bardzo mocno rozproszony, zindywidualizowany, gdzie istnieje mnóstwo praktyk infobrokerskich, bardzo często wyspecjalizowanych w dostarczaniu informacji dla konkretnych branż. W USA jest to możliwe przede wszystkim dzięki temu, że jest to tak duży rynek, tort, z którego łatwiej urwać część dla siebie.

RI: Ostatnimi czasy bardzo dużo mówi się o big data. Czy faktycznie w Pańskiej opinii to jest trend, który ma zastosowanie w praktyce biznesowej czy raczej widmo, o którym wszyscy słyszeli, a nikt do końca nie wie, czym ono jest naprawdę?

BB: Myślę, że jest i tak i tak. Pierwsza rzecz, co to jest big data? Jeśli myślimy po prostu o dużej ilości danych, to jest to definicja o niczym. Generalnie, jeśli big data zawęzimy do wewnętrznych danych, najczęściej transakcyjnych przedsiębiorstwa, które są wielowymiarowe i mówimy o – przynajmniej – milionowych zasobach, to wtedy naprawdę zaczynamy mówić o big data. Widać rozwój narzędzi wspomagających tzw. „big data” w oprogramowaniu typu business intelligence czy czy wspomagających działania marketingowe, co pokazuje, że coś jest na rzeczy. Znam przykłady firm w Polsce, które korzystają z sukcesem z rozwiązań typu big data.

W Polsce ten rynek jest jeszcze relatywnie młody, nie do końca jeszcze wiemy jak monetyzować wnioski z analiz big data, jak formułować zapytania, co jest możliwe itd. Natomiast branże takie jak finansowa, ubezpieczeniowa, handlowa czy farmacja mocno wykorzystują tego typu rozwiązania.

Osobiście, bardzo nie lubię definicji big data, bo ona mówi „dużo danych”, a to troszkę za mało. Powinno się także określać specyfikę tych danych, ich zróżnicowanie, a nie zakładać, że do big data można wrzucić wszystko. Zdarza mi się słyszeć, że dane z GUS to big data – to nieprawda. Najbliżej big data mogłyby być dane z Eurostatu o handlu zagranicznym, jeśli brać pod uwagę źródła takie jak urzędy statystyczne.  Ja jednak wciąż bym ich w ten sposób nie określał, bo są to dane mocno ustrukturyzowane.

Big data to na pewno jest trend, na pewno zaczyna być wykorzystywane, ale wiele firm wciąż nie wie, jak to robić, ale na wszelki wypadek wprowadzają. Samo wprowadzenie do zespołu osoby, która zna się na big data może otworzyć firmie nowe możliwości, jeżeli stworzy się jej warunki do działania. Obecnie są wypracowywane pewne standardy i dobre praktyki w zakresie przygotowania,  obróbki, analizy danych oraz ich organizacyjnej utylizacji. Obstawiałbym, że istotna będzie też kwesta etyki w wykorzystywaniu tych zbiorów danych. Brakuje też rozwiązań demokratyzujących big data. Aby korzystać z dostępnych teraz rozwiązań big data, trzeba jednak być wyposażonym w sporo wiedzy technicznej, co uważam za podstawową barierę rozwoju tego rynku. Trzeba jednak przyznać, że sporo start-up’ów obecnie pracuje by tę barierę przełamać.

RI: W swojej praktyce zawodowej współpracuje Pan z infobrokerami. W związku z tym chciałabym zapytać, jakie kompetencje – oprócz tych oczywistych związanych z wyszukiwaniem informacji – uważa Pan za kluczowe lub bardzo ważne w pracy infobrokera?

BB: Generalizując, na pewno kompetencje interpersonalne, komunikacyjne, by umieć sprawnie dowiedzieć się, o co klientowi chodzi i nawiązać z nim relację. Jako umiejętność kluczową i absolutnie niezbędną wskazałbym efektywną prezentację wyników pracy. Kolejne kompetencje będą zależne już bardziej od specyfiki realizowanych projektów, ale wymieniłbym:

  • przynajmniej podstawową znajomość zasad funkcjonowania gospodarki, ekonomii, przedsiębiorstw;
  • umiejętność pracy z danymi, a nie tylko z informacjami;
  • przynajmniej podstawowa obróbka danych, analiza statystyczna, praca z szeregami czasowymi czy analiza finansowa przedsiębiorstw;
  • warunek konieczny to praca z Excelem jak np.umiejętność stworzenia tabeli przestawnej.

Są to rzeczy potrzebne, bo pozwalają na dostarczenie klientowi odpowiedzi na jego realną potrzebę biznesową, a nie tylko informacji, na podstawie której on sam będzie mógł wyciągnąć pewne wnioski. Jest to rozwiązywanie problemu całościowo, a nie dostarczanie tylko części odpowiedzi i w ten sposób tworzenie kolejnego problemu dla przedsiębiorcy.

RI: Statystyka dopomina się więc o należne jej miejsce, także w – wydawało by się – mocno humanistycznej działalności infobrokera.

Dziękuję za rozmowę.