Indeksowanie Google – dobre czy złe?

Zmiany w indeksowaniu stron przez Google – od jakiegoś czasu można czytać wiadomości i newsy z tym związane. Kwestia głównie porusza twórców stron i specjalistów od pozycjonowania, ale czy słusznie tylko ich? To, co planuje Google, będzie mieć też niebagatelne znaczenie dla użytkowników i to nie tylko w dobrym sensie.
 
O tym, że Google coraz większą wagę przywiązuje do stron mobilnych słyszymy od dawna. Nic dziwnego, skoro to właśnie na urządzeniach przenośnych coraz częściej korzystamy z dobrodziejstw Internetu. Smartfony ma prawie każdy, a częstotliwość z nich korzystania można sprawdzić jeżdżąc codziennie komunikacją miejską;). Generalnie pomysł giganta z Mountain View  zakłada, że tylko te strony, które mają świetną odsłonę mobilną – będą responsywne, kompletne pod względem treści, będą też tak samo kompletne jak wersje desktopowe – zostaną zaindeksowane i umieszczone na wysokich pozycjach w wynikach wyszukiwania. Reszta zniknie na dalszych miejscach i kolejnych stronach, co jest równoznaczne z tym, że nikt do nich nie dotrze (bo któż przegląda więcej niż dwie pierwsze strony wyników wyszukiwania?).
 
Sama koncepcja może nie jest i zła, wie o tym każdy, kto korzystając ze smartfona trafił na niedostosowaną do telefonu stronę i usiłował coś na niej znaleźć. Ale stanowi też poważne zagrożenie, bowiem decyduje za nas, co nam pokazać i co jest dla nas dobre. Zagrożeniem jest to, że wierzymy w podane nam wyniki, nie weryfikując tego, co znajduje się też poza nimi. Niestety wyszukiwarki nie czytają nam jeszcze w myślach, podają nam informacje na podstawie wyliczeń, historii naszego wyszukiwania, poprzednich działań w sieci itp., co nieuchronnie prowadzi w efekcie do pokazywania nam tylko pewnego wycinka sieci, skrojonego na naszą miarę. I co prawda dopasowanie jest dla nas wygodnie, tylko dobrze jest mieć wiadomość, że jednocześnie uniemożliwia nam wyjście z tego zamkniętego kręgu, uniemożliwia spojrzenia na dany temat z szerszej perspektywy; w końcu nie pokazuje nam wyników, które byłyby może dobre, ale nie pasują do tego, co dotąd robiliśmy w sieci! I tak oto potencjalna wolność i swoboda stają się podstępnym ograniczeniem, bo nie widzimy tego, co możemy, ale to, co chce nam pokazać wyszukiwarka. Ciekawe ile internautów zdaje sobie z tego sprawę. Gdy korzystamy z wyszukiwarki na komputerze możemy jeszcze kombinować z opcjami wyszukiwania zaawansowanego, ale chyba nikt nie korzysta z takich dodatkowych opcji (operatorów itp.) na telefonie. Już słyszę głosy, że szukając sklepu bądź apteki podpowiedzi sprawdzają się rewelacyjnie – zgadzam się. Dopasowane wyszukiwanie informacji lokalnych jest szalenie wygodne, ale czy tylko takich informacji szukamy w Google?
 
Tym, którzy nie do końca jeszcze wierzą w moje „czarne” myśli polecam poniższy występ z TEDx. To speach Eli Pariser’a, który jest autorem książki “The Filter Bubble” i szefem portalu Upworthy. Uknuł on sformułowanie „filter buble” – bańki mydlanej, w której jesteśmy zamknięci nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Obejrzyjcie koniecznie!!! Eli dowodzi, że “firmy internetowe dążą do dopasowywania swoich serwisów (również wiadomości i wyników wyszukiwania) do naszych gustów, co prowadzi do niebezpiecznej i niezamierzonej konsekwencji: wpadamy w pułapkę, w której nie są nam przedstawiane informacje, które mogłyby poddać w wątpliwość, albo poszerzyć nasz światopogląd. Eli Pariser twierdzi, że taki trend będzie negatywny dla nas i demokracji.”