Czy to koniec mediów społecznościowych?

Kiedy wydawało się, że nic gorszego niż wyciek 50 mln profili wykorzystanych potem w walce wyborczej nie może przytrafić się Facebookowi, odezwali się jego byli menedżerowie…

To chyba najgłośniejszy skandal ostatnich miesięcy – firma Cambridge Analytica wykradła dane osobowe 50 mln użytkowników Facebooka w USA, by następnie użyć ich do stworzenia profili psychologicznych. Dzięki temu była w stanie przygotować specjalnie sprofilowaną kampanię wyborczą, która rzekoma pomogła Donaldowi Trumpowi wygrać wyścig do Białego Domu. W miarę poznawania kolejnych szczegółów włosy podnosiły się na głowie – w bardzo podobny sposób „wsparto” zwolenników Brexitu w Wielkiej Brytanii przed referendum oraz… Andrzeja Dudę w wyborach prezydenckich w Polsce. Na światło dzienne wciąż wypływają kolejne rewelacje, a same władze największej platformy społecznościowej okazują się być w tej sprawie czymś więcej, niż tylko poszkodowaną stroną. Nic więc dziwnego, że ludzie zaczęli masowo usuwać swoje konta na Facebooku, a hashtag #DeleteFacebook stał się jednym z najpopularniejszych na Twitterze.

Głos menedżerów

Wtedy w stronę skompromitowanego Facebooka poleciały kolejne kamienie, które cisnęli w niego… byli menedżerowie. – Myślę, że stworzyliśmy narzędzia, które niszczą społeczną tkankę funkcjonowania społeczeństwa – powiedział w listopadzie ubiegłego roku były wiceprezes spółki Chamath Palihapitiya na konferencji w Stanford Graduate School of Business. Jego wypowiedzi dopiero teraz stały się powszechnie dostępne. Palihapitiya wyraził ubolewanie z powodu swojej roli w budowaniu tych instrumentów i ostrzegł: “Jeśli nakarmisz bestię, ta bestia cię zniszczy. Czas na porządną przerwę od stosowania tych narzędzi”. Przyznał, że sam nie używa Facebooka od kilku lat.

Były menedżer Facebooka, który odszedł w 2011 roku, uważa, że najgroźniejsze w mediach społecznościowych są krótkoterminowe, sprzężone z dopaminą pętle zwrotne Mają one zabijać publiczny dyskurs i prowadzić do dezinformacji i utraty zaufania. – Pewne osoby mogą teraz manipulować dużymi grupami ludzi i robić z nimi cokolwiek zechcą. A my opieramy nasze życie na złudnym poczuciu doskonałości, ponieważ nagradzani jesteśmy za te krótkoterminowe sygnały (serduszka, lajki, uniesione kciuki) i łączymy je z wartością, a następnie z prawdą – mówił Palihapitiya. – Nie zdajecie sobie sprawy, ale wszyscy jesteśmy zaprogramowani. Teraz pora na decyzję, jaką część swojej intelektualnej niezależności jesteśmy gotowi poświęcić – dodał.

Również jeden z założycieli Facebooka, Sean Parker wypowiedział się alarmująco, twierdząc, że sieci społecznościowe celowo nas zniewalają i potencjalnie powodują szkody psychiczne. – Gdy tworzyliśmy te aplikacje, myśleliśmy w taki oto sposób – jak pozyskać maksymalną ilość czasu, przyciągnąć uwagę użytkownika na dłużej? Dając mu działkę dopaminy, bo ktoś polubi lub skomentuje zdjęcie, post czy cokolwiek innego. Wtedy on będzie dodawać jeszcze więcej treści, co pozwoli mu uzyskać jeszcze więcej sympatii i komentarzy – powiedział Sean Parker. Ta pętla sprzężenia zwrotnego wykorzystuje słabość w ludzkiej psychice. – Ja, Mark Zuckerberg, Kevin Systrom z Instagrama zrobiliśmy to całkowicie świadomie – wyznał Parker.

Świat off-line?

Wielu inżynierów oprogramowania z Google, Twittera i innych systemów zgadza się z tymi słowami i ogłosili nawet, że przestają używać internetu. Do tej grupy należą  Justin Rosenstein (pomysłodawca “Lubię to”), Tristan Harris i James Williams z Google, a nawet Loren Brichter, który stworzył aplikację Tweetie.

I refleksja na koniec – być może to wszystko właśnie podważa sens korzystania z mediów społecznościowych w pozyskiwaniu wiarygodnych informacji…

Autor: Krzysztof Maciejewski, redaktor prowadzący w spółce Creditreform Polska